Relacja Krzyśka

PÓŁNOC ZAMIAST EURO
Karelia, Chibiny, Ribaczij

Murmańsk. Murmańsk? Jechać motocyklem tam, gdzie niedźwiedzie zamarzają nim dobiegną do jaskini? Hmm…Nigdy nie byłem w Rosji ani na północy, a jeszcze pobliski osławiony Nordkapp kusił. Przystaliśmy na propozycję.  Idea wyjazdu wyłoniła się na dwutygodniowym objeździe Karpat tamtego lata. Z pięciu ochotników ostało się nas trzech: Bartek, Patryk i ja.

Przygotowania

Bartek jest miłośnikiem północy a szczególnie Finlandii, gdzie nawet studiował. Był 5 razy za kołem polarnym. Lubi dokładnie planować i to realizować, więc zajął się już na jesieni wynajdywaniem atrakcji, układaniem tras i koniecznych way-pointów. Patryk na wiosnę włączył się w plany, jako kontroler ilościowego i jakościowego poziomu eskapady. Sam nie przepadam za planami – będzie jak będzie, dojadę gdzie zajadę. Miesiąc urlopu i oszczędności dają mi komfort.

Me osobiste przygotowania są śmiechu warte. Mam więcej czasu wolnego, chcę zaliczyć Gamvik i Nordkapp. Chciałbym zobaczyć Lofoty, ale boję się tamtejszej pogody i zmęczenia. Którędy wracać?  Niech będzie Finlandia, do której mnie nie ciągnie, ale jest bliżej. Lecz o dalszej podróży zdecyduję… na miejscu, w Murmańsku lub Rybackim po zasmakowaniu północy. Opcja minimum (czytaj tchórz) to powrót z kolegami.

Godzinę przed odjazdem rezygnuję z zapasowych opon.
Dwie godz. przed - drukuję mapy Finlandii i Norwegii, w moją "nawigację", czyli telefon wklepuję współrzędne najważniejszych atrakcji do zwiedzenia w drodze powrotnej typu: Rovaniemi- Mikołaj z maila od Bartka

Dzień przed - wymieniam uszczelki w zaciskach hamulcowych - klocki tarły jedną tarczę.
Dwa dni przed - wymieniam tarcze i klocki (ciekawski pomiar suwmiarką 2tyg. wcześniej wykazał, że jest źle).
Trzy dni przed – zakładam szutrówki, robię crossowe podnóżki, poszerzam stopkę i grzebię w całym motorze.
Cztery dni przed - wychodzę z marketu z dwiema siatkami jedzenia: zupki, muesli, kabanosy, dwa chleby z ważnością do października – to na powrót.
Na tydzień przed dniem "0" spotykamy się i przy "północnej butelce" wspólnie analizujemy każdy dzień jazdy.
W maju czytam "piąte przez dziesiąte" relacje z Murmańska i Skandynawii oraz przeglądam nasze tracki. Wcześniej czytałem o Ukrainie, gdzie w ramach rozgrzewki spędziliśmy majówkę.

Jedziemy do Murmańska !

Trasy:  http://www.sports-tracker.com/#/workout/ChrisDeBoar/5m2ui7969s5327bu
Galeria: https://picasaweb.google.com/115425502549798246747/Murmansk2012KareliaCh...

Początek czerwca, emocje piłką są nie dla nas. Uciekamy przed tłokiem i sztuczną euforią związaną z Euro. Nasze cele to:
- poznanie osobiście mentalności Rosjan
- zwiedzenie Republiki Karelii, w szczególności pamiątek po wojnie z Finami
- zobaczenie gór Chibin z bliska
- poznanie życia rdzennych mieszkańców północy - Saamów w muzeum w Lovoziero
- zwiedzenie Murmańska i ew. wycieczka do Tieribierki
- dotarcie do Vayda-Guba - "rosyjskiego Nordkappu" i objechanie Półwyspu Ribaczij
- szybki powrót asfaltem do domu

Dzień 1.  06.06.2012. -  Do Suwałk

Chłopaki ruszają ze stolicy koło południa, gdzie dopiero poprzedniego dnia odbierają wizy. Wyjazd mieli tłoczny jak zwykle, pojechali zobaczyć bunkry nad Wizną - polskie Termopile chwalone przez grupę Sabaton w kawałku 40 to 1. Ja tymczasem przez równie wiecznie zatłoczoną Górę Kalwarię pojechałem wschodem przez Augustów. Znowu nie będzie mnie na Moto-Nocach, które obwieszczają reklamy. Za to czekają mnie nietypowe moto-dni. Spotykamy się w zajeździe Żubryn za Suwałkami. Dobre warunki, ceny i jedzenie z kuchni czynnej non-stop. Ruchliwa ostoja TIRowców. Oprócz smacznej jadłodajni jest też kantor. Zostawiamy motocykle pod oknem pracujących bez przerwy kucharek. Stamtąd uderzamy 800km do Narvy.

Dzień 2. Do Narvy

Via Baltica. No cóż, droga przerzutowa, nudno, ale co zrobić. Pierwsze 400km są ciężkie. Wiercimy się na motorach jak się da: nogi na tylne podnóżki, nogi na gmole, tyłek na bak, tyłek do tyłu, stajemy, leżymy… Okolica płaska, droga prosta, pola i łąki, jedziemy przepisowo w obawie o mandaty. Druga połowa jazdy już idzie lepiej. Przyzwyczajenie organizmu. Robimy krótkie postoje tylko na jedzenie i tankowanie. Ile czasu urwiemy, tyle zobaczymy Narvy. W planach jest zwiedzanie zamku w Sigulda, ale odpuszczamy żeby być szybciej w mieście granicznym. Zamówiony mamy tam Central Hotel przy ul. Lavretsovi 5 oraz przejście graniczne na ósmą rano. Koszt 1EU. Hotel z zamykanym parkingiem, sutym szwedzkim stołem rano, ale bez czajników w pokojach. W jednym z pokoi przez całą noc unosi się specyficzna woń rozlanej w bagażach "magicznej wycieraczki". Blisko hotelu jest komisariat, bar i klub Go Go.

Dzień 3. Narva- Vyborg

Miasto okazuje się nieciekawe i już pozamykane, lecz przejście graniczne nietypowe. Jest w centrum, na moście. Poczekalnia do niego, to nie ulice, lecz wielki plac na obrzeżu Narvy, gdzie trzeba się najpierw stawić i czekać jak na tablicy wyświetlą numery rejestracyjne interesantów, sprawdzą dokumenty i skasują na kilka euro. Jest położony na wspł. gps: 59.377671,28.154942. przy ul. Rahu 7. Trafiamy tam dzięki uprzejmości pana, który nas tam zawiódł samochodem. Tam trzeba być na zamówioną przez internet godzinę na stronie https://www.eestipiir.ee/yphis/index.action. Następnie jedzie się na most by włączyć się w kolejkę. Wypełnia się dwie strony objaśnione po angielsku. Schodzi nam ze wszystkim dwie godziny, gdyż motamy się z wypełnianiem papierów. Celnicy wykazują się wielką cierpliwością, znają angielski, interesują się motocyklami, na przejściu ogólnie panuje porządek. Nie czepiają się do niczego jak GPS'y czy PMR'ki teoretycznie nielegalne w Rosji.

Pierwszy CPN i niekłamana satysfakcja – paliwo po niecałe 3zł. Woooohoooo!!

Rosja - jest inaczej. Lekki bałagan, zaniedbanie, stare kopcące pojazdy, płacenie przed zatankowaniem, samochody naprawiane na poboczach, ludzie bezpośredni i naturalni.
Z początku jedziemy drogą na Petersburg, potem zbaczamy nad Zatokę Fińską. Zaliczamy pierwsze szutry. Zapach gazu nie daje mi spokoju na postojach. W końcu opróżniam sakwę. Półkilowy kartusz jest dziurawy od nita sakwy i sobie radośnie tryska. Tydzień lub dwa gotowania w plecy. Mam zapasowy a Bartek ma na szczęście starą, ruską, toporną benzynówkę. Trafiamy pod pomnik Wojny Ojczyźnianej, gdzie robią sobie zdjęcia 2 pary młode. Przez chwilę to my stajemy się atrakcją, przy której się fotografują. Próbuję się przytulać do urodziwych dam, ale "nielzja".  Patryk otrzymuje wyrazy uznania od fana gry Counter-Strike - nasza drużyna jest w ścisłej światowej czołówce, a gracz Neo jednym z kilku najlepszych. Przy następnym pomniku dzieje się podobnie - zakąszają i piją szampana. Docieramy w ten sposób do obwodnicy St. Petersburga, która biegnie na wodzie i pod wodą.

http://goo.gl/maps/131cp Przed obwodnica mijamy elektrownię atomową. Tuż przed samą obwodnica punkt kontrolny obstawiony wojskiem - tylko nie to... Obwodnica to teren wojskowy? Trzeba się wracać? Na szczęście wojskowi dają znak jechać bez zatrzymywania. Na samej obwodnicy, która jest  wielopasmową autostradą Bartkowi gaśnie XR. A tu nie ma nawet gdzie się zatrzymać nie mówiąc o nawróceniu i podjechaniu do niego. Na szczęście to tylko przyciśnięty tank-bagiem wężyk od odpowietrzenia zbiornika. Na trasie (E18) Helskinki – Sanki Petersburg, robi się tłoczno i europejsko. Właśnie od tego uciekamy… Zbaczamy szybko na wysokości jeziora Nakhimovskoye w dziurawe drogi. Chcemy zobaczyć Rosję, a nie samochody małe i duże. Wskakujemy na A125, gdzie rejestrujemy pierwsze karelskie widoki. Występuje tam duża koncentracja wojskowych koszar. Interesuje nas linia Mannerheima, na której wojska fińskie podczas wojny zimowej 1939–40r., mimo słabych umocnień, ponad 3 miesiące powstrzymywały ataki Armii Czerwonej. Dojeżdżamy w okolice batalii. Niestety nie da się wjechać, a i wejść nie, z powodu ćwiczeń czołgowych na poligonie. W razie jakby ktoś zapomniał o zakazie, droga przeorana jest metrowym rowem. Bartek pod nadzorem pilnujących żołnierzy wchodzi jednak i zdobywa zdjęcie przy pomniku. Pozostali konsumują szybki posiłek z siedzenia motocykla w chmarze komarów. Stanie się to codziennością. Czas goni, więc odpuszczamy inne pamiątki wojny zimowej jak miejsce bitwy pancernej pod Honkaniemi (jest film pod tym tytułem). W Vyborgu mamy zamówiony hostel przy Vyborgskaya street 4. Hostel był w remoncie, z wifi, parkingiem od podwórka i bardzo miłą, młodą obsługą ;) . Jest zdobiony artystycznie, nawet kabiny prysznicowe miały malunki. Chcemy się wyspać i umyć jak należy, gdyż następne wygodne spanie planujemy w Kirovsku. Vyborg okazuje się ładnym miastem, z przyjemnością je zwiedzamy podpatrując w jedynym lokalu mecz Polaków. Jemy w dobrym barze na rogu Gagarina/Batareynaya tuż przed meczem Rosji i konsumujemy tanie "szampanskoje" z namiastką kawioru na ławce w parku. Próbujemy nawet życia nocnego w hotelowej dyskotece, ale zmęczenie bierze górę. Zasypiając dostrzegamy pierwsze oznaki jasnego nieba.

Dzień 4. Vyborg – Igor

Kierujemy się na Ruskealę trasą A124. Po drodze oglądamy pomniki batalii wojny zimowej. Finowie nakręcili o niej film "Talvisota", oraz film "Tali Ihantala 1944" o wojnie kontynuacyjnej. Przejeżdżamy przez miejsca walk Tali-Ihantala, największej bitwie stoczonej przez nordyckie kraje. Podczas posiłku na leśnym parkingu dołącza do nas najpierw Igor na Transalpie jadący na weekend do swej daczy nad Ładogą, a następnie Siergiej na AT jadący na rajd terenowy do Ruskeala, gdzie również zmierzamy. Ma on sporo wyposażenia z dżipa, z którego się przerzucił na Afrykę, min. saperkę, siekierę, krzesło itp. Zdziwieni stwierdzamy brak rejestracji w ich jednośladach. Wyjaśniają, że motocykl w Rosji to "igruszka" dla zamożnych i opłaty są na tyle wysokie, że lepiej zapłacić jednorazowo mandat za brak zarejestrowania i można jechać dalej. Ubezpieczenia jednak mają. Wspólnie jedziemy do miasta, gdzie Igor pokazuje nam i objaśnia historię ruin dużego ceglanego luterańskiego kościoła (gps 61.523426,30.185074). Następnie prowadzi nas nad sklasyfikowany w księdze Guinessa, jako jedyny na świecie "jeziorny fiord" w miasteczku Lakhdenpokhya przy ul. Lenina, http://nok.it/D4Ptr , gdzie w czasie wojny stacjonowały okręty podwodne (ma głębokość stu metrów). Stąd również kilka razy w roku startuje odcinek specjalny rajdów off-roadowych.

Nasz przypadkowy przewodnik jest na tyle uprzejmy, że zabiera nas do domku letniskowego nad Jeziorem Ładoga, gdzie rozbijamy camping i zostajemy ugoszczeni kolacją z samogonem przez jego sąsiadów i dobrych przyjaciół. Nie będę się rozwodził nad wysokimi walorami smakowymi swojskiego posiłku. Trzeba było odpalić spiralki by się ochronić od natrętnych karelskich komarów. Zasięgamy przydatnych informacji na temat przejezdności tych terenów od właściciela posesji, Saszy, który dawno temu służbę wojskową pełnił… na Półwyspie Ribaczij! Po kolacji gospodarz zabiera nas na krótką przejażdżkę niepozornym, acz bardzo dzielnym terenowo UAZem 3962. Obaj oprowadzają nas po resztkach fińskich domów, gdzie odnajdujemy w krzakach ruiny zbombardowanej szkoły z bunkrem, porzucone narzędzia rolne i chłoniemy opowieści o chutorach - rodzaju dawnej małej wsi zamieszkiwanej przez jedną rodzinę.  W tym cichym zakątku pomału wysypują szutrówki i stawiają dacze mieszkańcy miast. Po tym satysfakcjonującym wieczorze kładziemy się do namiotów pod w pół jasnym niebem. Powietrze jest czyste i bezwonne jak kiedyś w Bieszczadach. Wokół rozpościera się sycąca i kojąca zmysły cisza. Lekko jasne niebo zwiastuje czekające nas niecodzienne wrażenia.

Dzień 5. Igor – Suoyarvi

Rankiem nieśpiesznie przystępujemy do wymiany opon. Po dokręceniu główki ramy decyduję się na założenie zużytych przez Patryka TKC80, które miały wtedy nakręcone już około 14 tys. km(!) . Muszę oszczędzać szutrówki na skandynawskie "głodne gumy" asfalty, gdyż swoich wieźć mi się nie chciało.Ruszamy od IgoraIgor prowadzi nas do Ruskeala, gdzie ma się spotkać z przyjaciółmi i pojechać w swoją stronę. Po drodze zajeżdżamy na ciekawe wodospady położone przy szosie na rzece Tohmajoki. Są na tyle malownicze, że kręcą przy nich filmy. Wjechawszy w Ruskeala trafiamy na sznur samochodów terenowych uczestniczących w rajdzie. Po wymianie zdań odłączamy się by zajrzeć do ich bazy i jedziemy jednak na docelową atrakcję tego miejsca położoną przy drodze A130  http://nok.it/FrWVH , czyli "marmurowe jezioro" powstałe podczas wydobycia tego minerału
 http://ruskeala.web-craft.org/index.php?id=&lang=2 . Zaskakuje nas niedzielny tłum (bo kto myśli, jaki to dzień tygodnia mamy?) i szerokie przysposobienie turystyczne tego miejsca: duży parking, pamiątki, jedzenie z rusztu, oświetlone ścieżki, zabawy na linach i na wodzie. Obiekt wart jest z pewnością zwiedzenia, jako przerywnik w trasie. Spotkaliśmy tam 3 Finów na dużych enduro wracających z weekendowego objazdu Ładogi drogami gruntowymi. Wszyscy mieli opony Heidenau K60, które na ich drogach wytrzymują 11 tys. km, podczas gdy TKC80 ok. 3 tys. km. Chwalili też unikalne, ręczne oliwiarki łańcucha firmy Osco.  Posileni wskakujemy na motongi i zmykamy w korku weekendowych turystów.

Docieramy do skrzyżowania dróg A131/P21  http://nok.it/DJHwZ  by nawiedzić pomnik "nie-pabiedy" (klęski) Armii Czerwonej nazwanego Krzyżem Żalu. W tym rejonie (Lemmetti) czerwonoarmiści stoczyli ciężkie boje i ponieśli 2-3 razy większe straty od Finów. Ci zaś po dniach zwątpienia dokonali rzadkiego wyczynu - rozgromili Rosjan w ataku czołowym, co dodało im wiary w siebie. Nic dziwnego, że pomnik postawiono dopiero 12 lat temu.
Na płycie czytamy słowa:

Finlandia i Rosja - dwie siostry
Rosja i Finlandia - dwie matki
Są zawarte w tym krzyżu żalu.
Same sobie.
Ich głowy połączone w jedną.
Ich ręce zjednoczone w Nadziei.
Żeby miłość zwyciężyła.
A to zależy od nas.
Od każdego

Komary i muszki chłoszczą nas mimo chemicznych odstraszaczy, więc po chwili zadumy uciekamy na fantastyczne szutry A131 w kierunku Suoyarvi. Droga jest wyjątkowo prosta, równa i szeroka, więc radośnie przekraczamy 100km/h. Niestety zaczęły się pojawiać ostre kamienie zawsze tuż za wzniesieniem powodujące obawy o ogumienie. Gruntówka z czasem staje się bardziej kręta wyboista, ale wciąż to szybkie szutry nawet dla obładowanych ciężkich enduro. Trasa stworzona pod takie motocykle, przy takiej dopisującej pogodzie, jaką mamy, oczywiście. Nie chciałbym tam jechać po tygodniowym deszczu.

Za wsią Loylmola odnajdujemy kolejne pomniki walk, gdzie Finowie postawili swoim, a Rosjanie swoim żołnierzom. Jest tam ( http://nok.it/4mjQ9 gps 62.011379,31.90527)  również pomnik zwany "Kollaa Kestaa". Upamiętnia on walki o utrzymanie terenu Kolla, a zwrot ten (Kolla wytrzyma) wszedł do potocznego języka. Na froncie w tym rejonie "kampił" najskuteczniejszy w historii snajper Simo Hayha, który czając się w śniegu przy mrozie dochodzącym do 40u st. siał strach wśród Sowietów. Wybił ich ponad siedmiuset, bez użycia przyrządów optycznych. Zastaliśmy tam jego wojenne zdjęcie. Zespół Sabaton poświecił mu piosenkę "Biała śmierć".

Ponieważ tamtejsze insekty skuteczności uczyły się widocznie od Simo, przerzucamy rychło nogi przez siodła i uciekamy przed nieustępliwymi partyzantami. W drodze zatrzymujemy z podziwu załogę w super terenowym Volvo C303 6x6 ze szwedzkiej armii i wypytujemy danych technicznych, gdyż maszyna robi na nas duże wrażenie. Volvo C303 6x6 ze szwedzkiej armii Nocleg znajduje nas sam, tuż za Souyarvi. Na pozycji 62.173035,32.418079  http://nok.it/FStPY  do stojącego na drodze Bartka podchodzi pan, który wskazuje nam miejsce obok dozorowanej przez niego posiadłości. Jest trawa, drewno i nawet mini zatoczka nad jeziorem. O to nam chodziło, więc szybko się rozbijamy. Nie minęło 5 min., a stróż przyprowadza właścicieli. Okazuje się, że to motocykliści z grupą przyjaciół z Moskwy. Są w trakcie budowy schroniska dla motocyklistów! Na wieść, że "polskije bajkiery" są za płotem, przybywają witając nas szerokim uśmiechem i siatą browara. Ha! No proszę, niby dzicz, a sami swoi. W mig łapiemy wspólny język, gdyż większość zna angielski. Proponują nam ruską banię i zapraszają na podwórze, jednak jutro czeka nas duży dystans, czas nagli. Siergiej ma też Transalpa, a Katerina GS500, acz rozgląda się za bardziej terenowym. Po sympatycznych "razgaworach" wymieniamy się kontaktami i udajemy na spoczynek.

Dzień6. Suoyarvi – Kostomuksza

Rano pakując się na trawie wywraca się mój Tramp: spękane prawe lusterko, pęknięty kanister i odbarwiona benzyną szyba to bilans poranka. Gdzie jak gdzie, ale tu nie psuje mi to humoru. Jadąc przez piękne leśne szutry i wioski w jednej z nich stajemy by odszukać nieoznakowany podwórkowy CPN i spożyć szybki posiłek podany na siodle. Nagle jesteśmy kontrolowani przez strażnika jadącego za nami prywatnym dżipem. Interesują go paszporty, skąd, dokąd czemu itp., a my wypytujemy o przejezdność dróg i "zaprawki", czyli stacje benzynowe. Jest miły acz stanowczy, po spisaniu dokumentów puszcza wolno. Pogoda jest piękna, ekstra droga, a obok lasy, jeziora, bagna, rzeki, cisza i komary. Czasami przystaję z błahego powodu i nasłuchuję las, wczuwam się w zapachy, sycę oczy "rosyjską Finlandią". Sprawia mi dużą przyjemność świadomość, że dookoła jest właściwie tylko przyroda. Jesteśmy w europejskiej dziczy. A mimo to czujemy się bardzo swojsko .  Cieszą nas również typowe rosyjskie wsie – z pozostałościami komunizmu, drewnianymi chatami, uroczymi "magazinami", naturalnymi, skorymi do rozmów ludźmi i ich starymi pojazdami różnego przeznaczenia. Tak, po to tu przyjechaliśmy. KareliaKarelia Szkoda tylko, że nasz dzienny średni dystans to 350km i nie można się tym wszystkim nasycić do woli. Dziś jedziemy ile się da, najlepiej do Kostomukszy, czyli 400km głównie szutrami. Robimy najbardziej niepewny odcinek wyprawy - nawet na fińskich forach motocyklowych Bartek nie znalazł odpowiedzi, czy te drogi są przejezdne ciężkim jednośladem. Nie chcemy asfaltu M18, a alternatywnych dróg w lesie w kierunku północnym oprócz tej, po prostu nie ma. Szczęściem jest sucho i nie mamy najmniejszych problemów z brnięciem w kierunku Morza Barentsa.
Na jednym z mostów robimy przerwę na zdjęcia. Dołączają do nas dwaj tubylcy wracający z wędkowania w muzykalnym busie. Częstują nas pyszną suszoną rybą, odwdzięczamy się suszonymi owocami.  Jadą tam, gdzie my. O której będziecie w Kostomukszy? – Budiem, kak zajediem... Tak tu się liczy drogę. Droga przez Karelię Dojeżdżamy do celu zmęczeni przed 23ą z ostrym słońcem w oczy szukamy campingu. Na zaprawce ponownie znajduje się pomocna osoba, która nas zaprowadza na miejsce. Kamping "Friegat" http://nok.it/U6xSR okazuje się być na europejskim poziomie, a dokładniej – na fińską modłę.  Za ok 140zł/os dostajemy drewniany domek pachnący świeżym drewnem, z kuchnią, łazienką i sauną fińską. Zażywamy jej do pierwszej w nocy studząc się w zimnym jeziorze, do którego uprawiamy sprint w ręcznikach. To jest należyty relaks po trudach podróży! Sauna w nocy znakomicie suszy pranie.

Dzień 7. Kostomuksza – Morze Białe

Ruszamy znów w kierunku północnym przez gęste ostępy karelskich lasów w krainie tysiąca jezior, miliona ryb i miliarda komarów. Hm... W sumie jak się dobrze popsikać rosyjskim czerwonym sprayem serii Ikstrim z zaprawki, lub Repelem, to prawie nie gryzą. Zawsze jednak znajdą gdzieś dziurkę gdzie nie padły krople chemii i po zdjęciu maski p-gaz upierdzielą człowieka. Jesteśmy w środku Karelii. Tak jakoś lubię być po środku niczego. Oczywiście, że to nic, w porównaniu z Syberią, Australią czy Saharą, ale to rozkoszne europejskie zadupie jest dostępne dla każdego krajana znad Wisły już pod dwóch dniach jazdy i uiszczeniu ok. 100$ za wizę, do odebrania po tygodniu. Były CCCP odwdzięcza się dwa razy tańszym paliwem oraz klimatem i ludźmi, jakich nie spotkamy na zachodzie. KareliaKarelia Po opuszczeniu asfaltu znów doświadczamy wyjątkowo równych szutrów. Ile jedziemy – się mogę domyślać, gdyż moja linka prędkościomierza odmówiła posługi nie wiem nawet gdzie. Jak tu nie wspomnieć pesymistycznych praw Murphy'ego? Pod siedzeniem jedzie uniwersalny zestaw naprawczy linek, ale nie od tej linki!!  Pogoda jest idealna. Oglądamy kolejne jeziora, rzeki, bagna, mosty, łąki, wioski. Na jednym z zakrętów zatrzymujemy się przy mundurowym. Wypytujemy o jakość dróg zakąszając kanapką i kawą z termosa. Okazuje się równym gościem, był w Afganie i innych "misjach". Popisuje się wypasioną przystawką do Iphona, którym zdalnie odpala radio.

Tak dojeżdżamy do Kalevala, gdzie łaskawie siąpi na kaski pierwszy niepolski deszcz. Podganiam tempo po paru zdjęciach i trafiam na suszarkę. Macha mi wielka czapa, więc zjeżdżam posłusznie. Na twarzy policmajstra maluje się zdziwienie połączone z zawodem, jakby myślał: " co to za kosmita? .. o Polak, kurdę, trza puścić". Tłumaczę, żem się zgubił z drugami i goniłem ich i… charaszo, jedi. PMRki już się nie chce zakładać w ucho, jeżdżę bez, więc wyjmuję z tankbaga i się odnajdujemy na CPNie, gdzie przeczekujemy ulewę. Docieramy w końcu do sławetnej "murmanki", czyli M18, którą każdy udający się na Kolski zapewne ma lekko dość z powodu monotonii. My się nią akurat cieszymy przez parę minut, gdyż zaraz zjeżdżamy w kierunku campingu, którego namiary dostajemy na zamówienie smsem od kuzyna. Po małym błądzeniu przez głupie nawigacje, camping w Chupa okazuje się być kompletnie zajęty przez uczestników kończącego się wyścigu Redfox adventure, mający akurat tutaj finał. http://www.adventure-race.redfox.ru/en/  Jest to dosyć ekstremalny wyścig łączący dyscypliny takie jak: kajak, rower, bieg, wspinaczka, trekking czy narty. Wsuwając na stojąco kolację szukamy choćby paru metrów nie kamienistej trawki, gdyż miejscówka jest przednia. Jesteśmy nad fiordem Morza Białego! http://nok.it/L6XRh . Miejsca brak, więc kierujemy się 2km na płd.-zachód, gdzie za wsią mamy tylko dla siebie dużą trawiastą polankę z gotowym na ogień paleniskiem, strumykiem i dostępem do morza. Odbywa się akurat mecz Polska – Rosja. Nie zdobyliśmy się na odwagę obejrzenia go w wiejskim klubie bilardowym, który i tak był cały zajęty rezerwacjami. Z resztą przeżywamy bardziej przyziemne emocje. Patryka motong posiada automatyczną olejarkę, która się zatkała gdzieś w Polsce i po ok. 1-2 tys. km niedostatecznego smarowania DID naciągnął się i zjadł zębatkę zdawczą na tyle, że przeskakuje na niej łańcuch pod obciążeniem, a tylna ma się niewiele lepiej. Mamy przed sobą więcej niż połowę planowanej drogi, więc jest źle. Bartek zabezpieczył się w zapasową do swojej XR, czyli węższą. Przymiarka… pasuje! Ale to środek zastępczy, trzeba nowego napędu. Sms do Igora. Załatwi napęd w Petersburgu i pośle go pociągiem do Murmańska, gdzie za 3 doby w kolskiej Moto-gostinicy będzie można go odbierać. Uff, dobrze zawierać znajomości w podroży. Jak się później okazuje, najbliższe sklepy motocyklowe znajdują się właśnie w S.-P. i Murmańsku. Na zaprawkach próżno szukać nawet sprayu do łańcucha, takoż na trasie Suwałki – Narva nie było ani jednego.

Dzień 8. Chupa – Kirovsk

Rano zastaje nas deszcz i… brak wody w morzu. O 0530 po odpływie już ktoś dreptał po dnie tego zaułka pewnie w poszukiwaniu ryb. Wskakujemy na szosę północ- południe i doznajemy logistycznej porażki. Wjechaliśmy niezatankowani akurat w odcinek największej odległości między tank-stacjami. Pierwszy gaśnie mój XL, a pęknięty kanister trzyma tylko połowę etyliny, perfumując resztą prawą nogawkę kierowcy. Rozlewamy z Acerbisa w XR po równo wachę i na oparach osiągamy Zielenoborskij, przy czym na dokładkę Bartkowi cenna 92ka wycieka i gaśnie mu akurat przed przydrożnym barem, gdzie po zatankowaniu konsumujemy obiad. Smakujemy solankę z klasycznym mięsem i frytkami, a w ubikacji zapamiętujemy suszarkę do rąk włączaną nie automatycznie, a prostym ściennym wyłącznikiem od żyrandola.

Psia pogoda sprawia, że nie zatrzymujemy się nawet by zrobić zdjęcie przy znaku "Krąg polarny". Jest zimno. Na wjeździe przed Apatity, góry półwyspu Kolskiego, choć okryte chmurzyskami – przykuwają uwagę, gdyż do tej pory było płasko i lesiście. Docieramy do Kirowska, gdzie już na wjeździe trafiamy… na ekipę Polaków w dwóch 4x4 wracających z tygodniowego objazdu półwyspu Ribaczij! Sprzedają nam potrzebne info, jak namiary na szklaną restaurację Fusion, gdzie zajechawszy, od razu znajduje się całkiem-całkiem blondyna w Audi, która prowadzi nas do Gostinicy Parkowaja przy ul. Parkowaja 22  http://nok.it/2kb3z . Za 80zł/os dostajemy elegancki pokój z łazienką i korytarzem zamykanym plus wifi, dostęp do kuchni i dozór maszyn przez kamerę. Co ważne, pani bez problemu też robi nam meldunek, wymagany przy wyjeździe z tego kraju. Godzien polecenia hotelik pomarańczowej barwy wśród marniejących szarych bloków z ery socjalizmu dookoła.

Chibiny, czyli jednorodna magmowa intruzja.
Po kolacji i zakupach siadamy znowu na motongi. Zaczęliśmy dziś jazdę późno i chyba nie mamy dosyć wrażeń. Przed 22ą z batonem i przeciwdeszczówką udajemy się na rekonesans gór. Jutro rano oczywiście mamy w planie objazd Chibin, ale jedziemy powęszyć.
Wjeżdżamy na północ w kierunku górskiej bazy, która gdzieś tam jest. Mijamy opuszczony ośrodek narciarski – widać, że turystyka nie jest konikiem tego miasta. Droga okazuje się wieźć strumieniami i to całkiem wartkimi. Kierunek Chybiny Moczymy buty w lodowatej wodzie już na wjeździe, więc dalej przemy z rozpędu. Pani z Audi mówiła, że była tu dziś swoim Q3, ale zdaje się zaszła jakaś pomyłka… Po strumieniach jest błoto a następnie śnieg. Spore połacia śniegu zalegają na "drodze" a między nimi duże kamienie. Kierunek Chybiny Wyraźnie przyjechaliśmy tu jakiś miesiąc za wcześnie.  Przepychamy motocykle przez zaspy sami dziwiąc się potem, skąd wzięliśmy tyle determinacji, aby brnąć dalej o tej porze w taką pogodę, z planami jutrzejszej jazdy. O dziwo są tu ludzie - mijają nas dwa duże quady, którym zazdrościmy zdolności pokonywania tych grząskich przeszkód.

Gdy dobiega północ, termometr pokazuje 5st. C, zmęczenie daje o sobie znać, ciało odczuwać chłód mimo wysiłku, a przed nami kolejna wielka płachta śniegu obok jeziora z pływającym lodem - decydujemy wracać. Jesteśmy jakieś 12km do miasta dokładnie w centrum gór. No pięknie, nasza ułańska fantazja poszła spać, a my musimy sobie radzić wśród ścian z kamieni przykrytych chmurzyskami. Sytuacji nie polepsza stan ogumienia w moim TA - TKC80 z nalotem jakichś 15u tys. km. Skutkuje to buksowaniem przy zwykłym ruszaniu. Jest jedno pocieszenie – noc nas tu nie zastanie… :/

Po śniegu pod górkę nawet dwie osoby to mało, by pchnąć 220kg, na jakich oponach by nie były. W jednej z dużych kałuż kryjących lód, Bartek polega i topi XR. Po bezskutecznym osuszaniu gara pozostaje nam zrobić użytek z jego linki "w razie W".  Jakby było mało, wcześniej Patryka przygniata motocykl w strumieniu i nie może stanąć na nogę. Zamieniamy się wierzchowcami, musi sobie radzić zaciskając zęby. Jego bike ma świeże gumy, więc przejmuję go i robię za pomoc (poza)drogową. Holując się tak przez błoto, krzaki, strumienie dojeżdżamy do śpiącego Kirowska o godz. 0230. Tak się mści ignorowanie głosu rozsądku. Osuszam jeszcze łańcuch na mieście celem jego wieczorno-rannego smarowania, w łóżku mail, pogoda na komórce i zasypiamy około 4 rano.

Dzień 9. Włóczęga koło Chibin.

O 14ej pora zacząć dzień. Patryk liże rany po wczoraju, Bartek reanimuje moto susząc jak się da i wymieniając olej.  Pozostaje mi sprawdzić wschodnie drogi gór, co mieliśmy na dziś w planie. Najpierw jestem ciekaw, czy da się przejechać wschodem jeziora Umboziero, jak to zrobiła ekipa MTBikera, na którego doświadczeniach się w dużej mierze opieraliśmy. Już napotkani rybacy przeczą – za mokro. Za wioską Oktiabrskij okazuje się to prawdą. Kałuża za kałużą szerokości drogi, zawracam, gdy woda wlewa mi się do kasku, a mijającemu mnie jeepowi kryje koła. Utknąć tu samemu byłoby niezłą wtopą. Udaję się powęszyć po wschodzie gór. Kierunek Chybiny Dojechać da się asfaltem do szlabanu, gdzie jest "Wastoćnyj rudnik", czyli kopalnia wschodnia. Próbuję bliżej jeziora, ale znów szlaban. Strażnik wyjaśnia, iż w sierpniu może by pojeździł, ale najlepiej dżipem, teraz za dużo wody. Zaglądam jeszcze na ponure, pełne pustostanów osiedle robotnicze Koaszwa i gnam w powrotnym kierunku. Próbuję podjechać asfaltem w góry, ale znów szlaban i rudnik. Objeżdżam jeszcze lekko upiorny Titan i zwiedzam znowu Kirovsk, kolejną kopalnię i okoliczne krzaki. Warto zajechać pod kopalnię z zielonym budynkiem (piecem?), gdzie obok smętne bloki z odpadającym tynkiem niczym po ostrzale. W hotelu przydaje się wifi, gdyż na mieście albo nie ma, albo kabiny niesprawne. Za dnia na poczcie były duże kolejki, z której dostrzegłem w TV bójki naszych z Rosjanami w Warszawie. Nie wiem, o co poszło, ale niesmak jest. Za to chłopacy smacznie spędzili popołudnie goszcząc się wystawnie w Fusion i degustując kilka numerów Baltici. Dostali nawet specjalny VIPowski zdalny dzwonek do przywoływania kelnerki.

Dzień 10. Revda i Lovozero.

Dziś udajemy się do nieoficjalnej stolicy rosyjskich Saamów, czyli Lovozero, gdzie zamierzamy zwiedzić muzeum. Najpierw zajeżdżamy do Revdy, gdzie tankujemy najtańsze w życiu paliwo – 92kę za 2,76 i to z dystrybutora naliczającego z dokładnością do litra! Patryk napatycza się na kontrolę prędkości, ale jakoś się wymiguje z mandatu. Na bramie rudnika dowiadujemy się, że można dalej, ale na pieszo. Jest tam do zwiedzenia duże górskie jezioro. Wolimy wjechać mocno kamienistą drogę 800m pod górę, gdzie oglądamy piękną panoramę półwyspu Kolskiego. Jesteśmy na wysokości kilometra, a dookoła równo, widok sięga bardzo daleko i jest super. Tajga, rosyjska tajga. Stajemy nad stromym urwiskiem by zrobić sesję zdjęciową surowego księżycowego krajobrazu w miejscu 67°51'48.61"N  34°31'23.86"E. Dalej wjechać da się, ale jest jeszcze trudniej (przy moim ładunku i oponach to prawie niemożliwe), a nam brak czasu i ciągnie burza. Góry Lovozerskie W Lovoziero udajemy się wpierw na camping nad jeziorem. Wjeżdżamy w las http://nok.it/VwuDg i oczom naszym się ukazuje transparent informujący o jutrzejszym święcie Saamów! Witani jesteśmy serdecznie przez batiuszkę (pop), współorganizatora. Nie dość, że jutro jest Saamskij prazdnik, to jeszcze zlot motocyklowy! Trafiło się nam jak ślepym kogutom micha pszenicy.
Saamowie, czyli Lapończycy (nie lubią tej nazwy) są potomkami pierwotnych mieszkańców Skandynawii, zamieszkują jej północną cześć, mają swój język, flagę i hymn, ich liczebność to kilkadziesiąt tysięcy. Przez wieki byli asymilowani przez Europejczyków, lecz od kilku dekad wzrasta ich poczucie wspólnoty i duma z przynależności. Celebrują chętnie swój folklor, co mieliśmy okazję zobaczyć nazajutrz. Stare zdjęcia Saamów: http://www.tinyurl.pl?4txAmKuI
 Poznajemy współorganizatora Władimira Kuzniecowa - miłośnika dawnej kultury, fotografa i nauczyciela. Nad albumem jego fotografii z pierwszej ręki poznajemy dzieje przodków, oglądamy unikalne zdjęcia rytów skalnych i słynnych kamiennych labiryntów, budynków sakralnych i kolorowych zórz polarnych. Wysuwa swoją teorię, że proste malunki naskalne sprzed 3 tys. lat były robione przez dzieci, jako że one miały czas wolny i nie miały umiejętności na tworzenie zaawansowanych rękodzieł, jakie też można odnaleźć z tych wieków.  W przyszłym roku zajmie się on produkcją filmu dokumentalnego o kulturze Saamów i ich pozostałościami. Okazuje się, iż Władimir z synem byli fotografami podczas kręcenia filmu "Kukułka", który Bartek podsunął nam przed wyjazdem, jako lekturę. Opowiada on zabawnie o różnicach językowych tutejszych ludzi w czasie wojny na przykładzie czerwonoarmisty, fińskiego żołnierza i lapońskiej pasterki. W przeddzień zlotu zawitali także dwaj turyści będący na wakacyjnej wędrówce (dżipem oczywiście – jedyny słuszny samochód na russkije darogi). Od nich upewniamy się o potrzebie odwiedzenia Tieribierki – wioski rybackiej nad Morzem Barentsa 120km na wschód od Murmańska, gdzie na plaży, co rok organizowane są zloty motocyklowe. Polecają też Kandalakszę, którą w deszczu minęliśmy.

Dzień 11. Saamskij prazdnik i Tieribierka (16.06).

Z namiotów wychodzimy przy bulgocie silników zjeżdżających się zlotowiczów. Motocykle różnorakie: CB400, 1300, X4, IŻ, XR, GL i inne. Większość bez tablic. Święto jest zorganizowane sprawnie i rodzinnie. Gry i zabawy terenowe, przejażdżki motorówkami, karuzela, mnóstwo pamiątek i smakowitości no i przede wszystkim występy muzyczne. Występują małe dzieci, młodzież, dorośli i seniorzy. Samowie Pieśni śpiewane są po rosyjsku i saamsku. Stroje są bardzo kolorowe a niektóre lica piękne. Szczególnie ładnie wypadła grupa taneczna dziewczyn w biało-czerwonych strojach.  http://www.youtube.com/watch?v=BBrCTzmEs3g&feature=plcp
Jest weekend, więc przyjechało sporo zwiedzających, dookoła chodzą artyści w starych ludowych strojach będący przed lub po występie. Ciekawie prezentuje się saamskij futbol. Grają same kobiety wielką piłką ze skóry, co rodzi sporo śmiechu. Po rozejrzeniu się oglądam i nagrywam występy, gdy tymczasem Patryk z Bartkiem integrują się z motocyklistami. Nad posiłkiem z zupy rybnej i pieczonego renifera uściślają transakcję odebrania napędu do Patrykowego RD10. Uiszczamy zlotową opłatę by mieć pamiątkę z poroża renifera i wpisać się na pamiątkową skórę. Pamiątkowe zdjęcie zlotowiczów Żal odjeżdżać, ale musimy się trzymać reżimu trasy, gdyż jesteśmy 3 tys. km od domu a już za 10 dni chłopacy muszą "podbić kartę w fabryce azbestu".
Ruszamy pod Murmańsk, gdzie się tankujemy, a następnie na 80-o kilometrowy asfalt na wschód. Jest słonecznie, lecz wietrznie i zimno – 10st, odczuwalna na pewno mniej. Słoneczna sobota sprawia, że nie tylko my jedziemy do tej wioski na końcu świata. Wiedzie do niej 40-o kilometrowa fantastyczna droga szutrowa otoczona pięknym, surowym krajobrazem. W drodze do Teriberki Jesteśmy w ROSYJSKIEJ TUNDRZE !! Dookoła skały, mech, krzaki, głazy, przewracające się słupy i jeziora skąpane w wieczornym, niezachodzącym słońcu. Wszystko nosi ślady erozji tęgich mrozów, wiatrów i śniegu. W końcu to już Arktyka, a raptem metr pod nami jest wieczna zmarzlina…

W Tieribierce  (69.164512,35.138733) zwracają uwagę gnijące na brzegu stare kutry rybackie i łódki. Leżą sobie o tak porzucone i stanowią wdzięczny temat dla fotografów. Patrząc na drewniane domy i wyobrażając sobie tutaj zimę, aż dreszcz zimna przelatuje po plecach. O dziwo dwa sklepy czynne 8-23. Po wiosce śmiga IŹ przerobiony na trójkołowca, przy czym koła ma z dużych dętek samochodowych.  Taki domowy sniego-błoto-chod. http://tinyurl.com/98nlqqk Oczom ukazuje się też ładna kolista plaża służąca zlotowiczom i droga wyrąbana w skale. Zatrzymuję się tam by… zdać sobie sprawę, że znajduję się nad Morzem Barentsa! Dowiózł mnie tu mój Transalp, poczciwy koń podróżny… ech, co za satysfakcja. Chwila wzruszenia i zadumy....  Przez sms odnajduję chłopaków, którzy pojechali dalej. Zasięg gsm bez problemu. Tubylcy zapytani o miejsce pod namioty kierują nas do dalszej północnej części wsi. Tam pod sklepem dopada nas podchmielona czwórka. Okazują się sympatycznymi rybakami, częstują od razu piwem i świeżutkimi wędzonymi rybami. Złapali je dzisiaj rano i pokazują na filmiku jak – podbierakiem na plaży wyjmowali je wprost z wody do wiaderka. Dookoła sypiące się szopy i drewniane garaże. Rozmawiamy o tym jak tu się żyje, szczególnie zimą. W jednej z tych szop pokazują "sniegahoda", czyli skuter śnieżny, pachnący nowością dwusuwowy Arctic Cat z przysposobioną tubą na świder do lodu na pod lodowe połowy. Zapraszają nas usilnie na wiosnę. Mimo, że są wstawieni, mówią całkiem poważnie i biorą nasze telefony. Oferują pomoc w transporcie z Murmańska, połowy ryb na jeziorach, polowania, jazdy skuterami, wędkowanie w morzu i inne arktyczne atrakcje (dla zainteresowanych służę telefonem). Teriberka W trakcie odpalania klasycznego Urala z koszem wyjaśniają, o co poszło między naszymi kibicami w Warszawie. Jest sobota, 16 czerwca, dochodzi północ. Bardzo miło spędziliśmy tę godzinę, lecz pora na biwak. Kierują nas nad kamienistą plażę tutaj http://nok.it/VwDUG. Gdy namioty stanęły, ogień zapłonął, przyszedł zaraz inny podpity mieszkaniec niosąc nam uprzejmie (licząc na piwo) na kartce wynik meczu, jak to napisał: CSSR – Polska 1:0.

Mnie bardziej interesowało, czy da się dojechać do resztek baterii dział nabrzeżnych, które są kawałek na zachód. Zostawiam piwne rozmowy by trafić na ekstra miejsce przy romantycznym wodospadzie. Klinicznie czyste jezioro zamienia się w strumyk, ten daje wodospad wpadający do małego wąwozu prowadzącego do morza, a nad nim nocne słońce. WOW! Teriberka Miast szukać dział, wdrapuję się na górkę i chłonę okolicę. Napawam się tym, gdzie jestem. Przy takiej pogodzie i porze nocy miejsce to jest piękne w swojej surowości: resztki śniegu na pofalowanych łagodnie od erozji skałach, różnokolorowe mchy, przezroczyste jeziorka na różnych wysokościach, multum obłych kamieni a'la jaja dinozaurów wszelakiej gradacji, niezachodzące słońce nad chyba najbardziej kapryśnym morzem zwiastującym koniec kontynentu. Naprawdę warto tu było przyjechać. Z radochy wysyłam kilkadziesiąt smsów z pozdrowieniami i rozmawiam z niedopitymi kumplami ze Świnoujścia o meczu. O w pół do czwartej zamykam oczy w ten jakże owocny dzień, pardon, noc.

Dzień 12. Murmańsk i dalej.

Teriberka

Ruszamy zwiedzić stolicę Murmanskoj Oblasti dopiero po 15ej. Tutaj czas liczy się godzinami jazdy i odpoczynku. W tą słoneczną niedzielę mijamy kilka samochodów na szutruwie jadących pewnie do uroczego wodospadu, a niedaleko szosy na jednym z licznych jezior latają sobie kitesurferzy.

W końcu dojeżdżamy do bram słynnego miasta-bohatera leżącego nad 50-o km niezamarzającym fiordem. Miasto jest młode, lecz mimo wieku i położenia zdołało "przyjąć" tyle hitlerowskich bomb, że tylko Stalingrad miał gorzej. Zburzono w trakcie wojny 3 / 4 zabudowy. Nie dziwi więc typowo socjalistyczny krajobraz wielkich wspólnych domów z konkretnego materiału. Widać je najlepiej z miejsca największej atrakcji miasta, którą jest oczywiście Alosza – ogromny pomnik obrońcy "zapolaria". Dojeżdżamy pod 'pamiatnik' mimo zakazu, nikt nas na szczęście pałą nie przegania.

Czas na obiad i na zrzucenie ciepłej odzieży, gdyż przygrzewa słonko. Tuż nad jeziorem obok pomnika, przy głównej ulicy zjeżdżamy na chodnik by zakosztować drogiego (45zl) szaszłyka w tłumnym miejscu. Wyskakuję z ocieplaczy obserwując przechadzające się w super obcisłych spodniach i koszulkach krasawice. Widocznie mają tu, bidule, problemy z rozmiarówką, myślę sobie. Nie tylko w mieście, również na wsiach młodzież ubiera się modnie, a płeć słaba wręcz wyzywająco. Farbowane włosy, mocne make'upy duże szpilki, spodnie ciasne tak, że wkładają je chyba "na krem" – szczególnie tutaj się to uwidacznia. Kontrastuje to  z miejskim szarym betonem i sypiącymi się samochodami 'sdiełano w CCCP'. Przydaje się nauka rosyjskiego jeszcze z czasów, gdy był jedynym słusznym obcym w podstawówce – wypytuję o atrakcje miasta przechodniów. Tak jest najszybciej i najłatwiej, mimo że mamy jakiś plan miasta.  Kolejne miejsca, jakie zwiedzamy to pomnik pamięci marynarzom zrobionego z "kiosku" Kurska, latarnia morska i cerkiew. Przychodzi też czas na atomowy lodołamacz-muzeum (Liedakoł) Lenin o tej porze zamknięty. http://tinyurl.com/bqpx49z  Na miejskiej "zaprawce" podchodzi do nas para motocyklistów. Chłopak sprzedaje nam namiar na sklep motocyklowy, gdzie pracuje. Niestety jest "waskriesieńje", więc zamknięte.

Kierując się na zachodni brzeg, gdzie jest muzeum oręża, tankujemy w mieście i spożywamy kolację nie na siedzeniu motocykla, lecz na czymś wygodniejszym – koszu na śmieci. Tam podbiega do nas koleżka Tatarin i uradowany zaprasza do Gostninicy motocyklowej w Kola. Odpowiadamy, że wiemy i będziemy, ale pojutrze, gdyż teraz udajemy się na Ribaczij.
Minął nam jakoś znak na muzeum, więc przed nami ostatnia prosta przed punktem zwrotnym wycieczki. Pod drodze nie sposób nie trafić (69.312014,32.20552) na Dolinę Sławy – miejsca największych starć z faszystami na froncie północnym. Jest to spore miejsce pamięci z planszami natarć, pomnikami i tysiącami nazwisk poległych. Odtąd do szlabanu nastają kapryśne warunki. Już wcześniej, po wyjeździe z miasta musieliśmy się znów ocieplić. Na nogach mam trzy, a na tułowiu aż sześć warstw odzieży. Przez drogę przetaczają się chmury, pada mżawka a widoczność na 20m. Umykające 36,6 dobrze zatrzymuje tani polar ze sklepu mającego codziennie niskie ceny i przeciwdeszczówka po żołnierzu zza Odry.
Docieramy do posterunku ze szlabanem. Wiedzieliśmy o potrzebie specjalnej przepustki, więc "palimy głupa" :
- Dzień dobry kontrola paszportowa. Dokumenty poproszę
- Dzień dobry, już daję
- Gdzie jedziecie?
- My turisty
- Ale gdzie jedziecie?
- No turisty
- Ale gdzie jedziecie!
- Na Rybacki
- Na Rybackim jest zamknięta strefa wojskowa i potrzebne specjalne zezwolenie od wojska.
- Nie rozumiem
- Hmmmm... Dawać paszporty, wpiszemy Was w książkę.
- Dziękuję
Po chwili pogranicznik wraca z dokumentami.
- Na jak długo jedziecie?
- Na dwie noce
- W porządku jechać

 Po zjeździe z asfaltu szukamy noclegu nad rzeczką, gdzie rybacy zapuszczają wędki. Co jakiś czas przejeżdża dżip lub quad. Nagle słyszę kilka motocykli, lecz nim w klapkach wybiegłem, pojechali. Woda ciepła nie jest, ale i tak zażywam kąpieli, jak co dzień. Jak co dzień robię też do śniadaniowego termosa szybki wartościowy posiłek typu muesli zalane wrzątkiem z mlekiem w proszku, liofilizat, tudzież zupka z Radomia mniej wartościowa, lecz gorąca i smaczna. Są jeszcze drzewa, czyli tajga,  komarów jednak zauważalnie mniej.

Dzień 13. PŁW. RYBACKI !

Jedziemy na płw. Średni i Rybacki, nasz punkt zwrotny. Chcemy dojechać do "majaka" Vayda-Guba, czyli latarni w najbardziej wysuniętym w Europie punkcie Rosji. A potem na wschód. Są tam ciekawe skały, przy których piknikowali ziomale spotkani w Kirovsku. Plan maximum to dojechać do wschodniego końca Rybackiego i wrócić zachodnim brzegiem Średniego. Droga jest bardzo dobra jak na nasze konie. Wjeżdżamy pomału znowu w tundrę. Krajobraz z leśno – krzaczastego zmienia się na skalno - mchowy. Kolejny raz oglądamy łagodnie pokancerowane skały, wielobarwne mchy i przezroczyste lodowate jeziora otulone tym razem przez wolno ciągnące chmuro-mgły.

Na wschodzie Średniego staję popatrzeć na dziki kamienisty brzeg. Dziwne. Dopadł mnie chyba "duch morza". Opłynąłem pół Europy, ale nigdy nigdzie jeszcze jak tam, nad Morzem Barentsa,  tak dosadnie nie poczułem, nie uzmysłowiłem sobie, jak bardzo morze jest nieprzejednane, niewzruszone, jaki to żywioł nieogarnięty, ogrom bezkresny i potęga. Jeszcze nigdy powietrze w nozdrzach nie miało tak czystego morskiego zapachu, szum fal nie budził takiego szacunku i niepewności a wiatr nie był tak kompletnie obojętny na mnie. Człowiek sam, bez wynalazków technicznych jest wobec natury dosłownie niczym.

Po dojechaniu do zabudowań na przesmyku, chcemy zorientować się o możliwości kupna paliwa. To w razie, gdyby na powrocie zbrakło. Najbliższe zaprawki są na wylocie Murmańska i w Zapolarnym. Brak żywej duszy, jedziemy zachodnim brzegiem. Półwysep Rybacki Droga różnicuje się. Duże kamienie i kałuże, na horyzoncie straszy mżawka i kołdra chmur, jest spory wiatr. Zagaduję starszą parę w busie, o jakość dróg, lecz rozmowa się nie kleiła ni po rosyjsku ni po anglijsku. Obracam się za nimi i widzę blachy – czeskie! Na klapie namalowany zarys państw i napis: Praga-Murmańsk ekspedycja 2012. Szholera było gadać po czesku żeście Czesi!

Dalej droga przecina zaśmiecone i śmierdzące szambem brody tuż przy plaży. Mamy stracha, ale pokonujemy je bardzo sprawnie. Dalej plażą dojeżdżamy do bunkra by zrobić kilka fotek, po czym dojeżdżamy na wzgórze ze złamanym masztem. Jest tam widok na zatokę, skalne urwisko i bazę radarową. Półwysep Rybacki Mijając z pewną taką nieśmiałością grupę żołnierzy docieramy do czerwonego majaka podobnego jak na Gamviku. JEEEEEEST !! Osiągnęliśmy ostatni cel wyjazdu. http://her.is/UoAnG   Dojechaliśmy do rosyjskiego nordkapu, gdzie nie ma nic dla turystów, nawet paliwa. Tylko trud, zimno i satysfakcja. Półwysep Rybacki Robimy zdjęcia, choć wiatr prawie zwiewa aparaty. Nie za przyjemnie w tym celu podróży, tak jak czasem na szczytach gór. Latarnika też ni widu ni słychu. Konsumuję ciepły posiłek z termosu, koledzy jadą za wał ziemny rozpalić kuchenkę i też coś oszamać. Badam międzyczasie drogę na wschód. Po dwóch dużych kałużach znów mam nalane do kasku i cały tułów mokry. W nizince kapituluję przed kałużą, gdzie samochody ratowały się twardymi podkładami z blach i desek. Za mokro.
Wspólnie jednogłośnie decydujemy jednak wracać. Starczy nam półwyspu i tego wiatru, przed którym nie ma tu schronienia. Zapasowy dzień zużyliśmy na Tieribierkę. Jedziemy z tundry do tajgi na kamping. Wracając mijamy grupę rowerzystów jadących z Murmańska z zamiarem kampingowania na Ribaczim. Jada z gołymi nogami i bagażami, brr.

Lądujemy kilometr od poprzedniego miejsca spania. Przydaje się bagnet AK do rąbania drewna, które nie chce się jednak palić. Mży.

Dzień 14. Kola i… do domu / odpoczynek

Ostatni dzień przed powrotem zaczynamy jazdą w deszczu do Kola. Na posterunku strażnicy każą nam jechać pomiędzy szlabanami, bez wychodzenia z budki. Uśmiechają się i machają przez szybę. Znowu  na odcinku do Murmańska trudne warunki. Zazdroszczę ludziom w samochodach. Z trudnościami trafiamy do Motogostinicy Siergieja (gps 68.882651,33.029514, miejsc noclegowych 15, VitSergNik@yandex.ru , ul. Kamiennyj Ostrow 5, tel. +7 960 028-26-73 )  http://her.is/PFxty   gdzie jest również serwis motocyklowy Tatarina czyli Awto-moto szinomontaż. Tam Patryk wymienia z serwisantem wreszcie napęd załatwiony dzięki Igorowi. Bartek poczyna zapoznania, ja w międzyczasie udaję się do jedynego od Petersburga sklepu motocyklowego Best Motors (tel. 554-042, brus67@mail.ru)  w Murmańsku na Tralovaya street  http://her.is/GRFDg  by kupić spraye do łańcucha. Jest tylko Motul offroad za 63zł. Można kupić klocki, opony, płyny i ubiory. Opony od biedy są na 17 cali i 21 ale raczej szosowe i drogie, w okolicach 500zł. Są też terenowe, ale ze 2szt. Można zamówić na telefon kilka dni przed odbiorem.

Szinomontaż i gostinica to bardzo przyjazne miejsce, czujemy się wśród swoich. Można korzystać z narzędzi i dłubać do woli w bajku, hotelik bardzo przyjemny również. Jest sala do tańcowania, bilard, cieplutkie pokoje, kuchnia a nawet ponoć sauna. No i mnóstwo motocyklowych akcentów. Koszt bodaj 60zł. Siergiej to super gość, a i jego znajoma również. Byli na moto-zlocie w Lovoziero, ale nie paznakomiłem się wtedy. Po kąpieli wyskakuję na luzaku w klapeczkach do garażu zobaczyć "łotsgołinon" i … staję jak wryty na deszczu. Przed serwisem pręży się sprzedawana tylko w Japonii (i niespotykana w Europie) - Honda CB1300 rok 98-00, (czyli przed zmianą w muscle-bike'a) piękny big-naked , hondowska XJR,  rarytas.: http://tinyurl.com/cspzrlq Co typowe tutaj, na dokumentnie zdartych na slicki oponach. A my tu na kostkach…  Podczas mej nieobecności ziomków zabiera na kolację Tatarin. Opowiada im jak dojechał zimą do Tieribierki na ścigaczu…

Wieczór to oczywiście kolacja z butelką, rozmowy z gospodarzem, podsumowania i refleksje, czytanie wrzutów na świetnej ścianie pamięci, słuchanie opowieści Siergieja o podróżnikach, w tym z Polski. I szczypta smutku, że to już koniec… czy raczej początek odwrotu. No, bo to Kolski nadal jest. Koniec dla chłopaków, mają 5 dni na powrót i stawienie się w stołecznej fabryce azbestu. Dla mnie to połowa urlopu, więc zostaję. Moto Hotel Kola Okazało się, że towarzysze stawili się w Polsce w 3 dni pokonując 2500km  z czego połowę w deszczu (Patryka gonił rychły ślub kolegi). Czyli powrót to niezła batalia z kilometrami i… rzadkimi na M18 zaprawkami. 18l Trampka to niewiele i trzeba mieć kanister nawet na rosyjskie asfalty. W Novogrodzie zaliczyli w końcu coś, od czego odwykliśmy - noc. Na przejściu granicznym zawołano ich bez kolejki i nie było problemu z przewiezieniem znalezionego poroża. Nocowali ponownie w Żubrynie. Tymczasem ja się wygrzewałem w luksusowej saunie w Kola zbierając się niespiesznie do dalszej jazdy po Skandynawii.

XR650L - zachód słońca

Podsumowanie:

- 6900km  - dystans w ogóle
- 1300km - dystans poza asfaltem
- 300km - najdłuższy odcinek bez asfaltu
- 820km - najdłuższy odcinek dzienny
- 18 dni jazdy
- 12 dni bez deszczu
- 2,67 do 3.3 pln – ceny paliw
- 92 oktan – najczęściej tankowane paliwo
- 1-3 h to czas na przekroczenie granicy
-  69°56'51.14"N 31°56'34.98"E - najdalej na północ
-  67°59'2.04"N 35° 3'21.67"E - najdalej na wschód
- +30 – najcieplej, +5 – najzimniej, najlepiej jechać lipiec / sierpień – mniej wody
- 0 pln - koszt łapówek i mandatów
- koszt wyprawy około 4 tys. złotych
- przyjedźcie znowu – często słyszane zdanie

Rosja piękna, swojska, ludzie - pozytywni, otwarci. "Do nas? Na siewier? Oddychać? Wot maładcy maładcy..."  Wszyscy chętni do pomocy. Piwo, ryby, kiełbaski, bimber dostawaliśmy od tak. Głupio było nic nie mieć w zamian. Na drugi raz trzeba koniecznie brać fanty na wymianę – choćby nalepki czy widokówki. Alkohol ciężki przecież. Za zadymy w Warszawie nawet przepraszali: "Jak nasi szli "kak okupanty" z flagami narodowymi to się wasze ekstremisty wnerwili - wsio normalno."  Nie spotkało nas nic złego ze strony ludzi, zwierząt dzikich prócz komarów nie spotkaliśmy. Z resztą, co tu będę wymyślał: kto tam był ten wie, kto nie, niech koniecznie jedzie.