Maraton do Polski

Data: 
20.06.2012
Dystans: 
2715 km

Następnego dnia rozpoczynamy maraton - powoli tęsknota za domem wygrywa. Żegnamy się z Krzyśkiem, który ma jeszcze urlop, siadamy na motocykle i jedziemy do oporu. Na wylotówce mijamy charakterystycznie wyglądającą autostopowiczkę - niestety nie ma jak jej zabrać ze sobą. W trasie okazuje się, że mijamy się wiele razy - to na stacji, to w barze... Po którymś kolejnym razie i ona zaczyna rozpoznawać nas. Pierwszy nocleg  mamy gdzieś na dziko, przy drodze, po przejechaniu ponad 800km. Zjeżdżamy z M18. Nawierzchnia szybko zmienia się w szutrową. Po całym dniu jazdy i wielu kilometrach czuć zmęczenie. Jedziemy ostrożnie, żeby nie narobić sobie kłopotów na sam koniec. Dojeżdżamy do jeziora. Niestety ktoś już wpadł na ten sam pomysł wcześniej... Dużo wcześniej... Wioska tam jest. Jedziemy dalej, aż znajdujemy wypalony kilka lat temu fragment lasu.

Stajemy na stacji. Spalanie skacze do 7 litrów. Sprawdzam filtr powietrza, który jest cały w błotnistej mazi. Nie ma w planie żadnych szutrów, wiec postanawiam umyć filtr powietrza benzyną i namoczyć minimalnie w zwykłym oleju. Latające potworki znowu krążą nad głowami. Spryskujemy się repelem. To nic nie pomaga. Hmmm... to nie komary tylko jakieś dziwne muszki. Gryzą niemiłosiernie. Z minuty na minutę jest ich coraz więcej, informacja o uczcie rozniosła się po okolicy.  Na szczęście są wolne i jak się cały czas chodzi, to jest spokój. Po drodze odwiedzamy wodospad Kiwacz, który jednak mocno nas rozczarowuje po tym, co zobaczyliśmy na północy. Ciekawym miejscem okazuje się za to karelska restauracja - skansen w miejscowości Shuya koło Pietrozavodska. Dobre lokalne jedzenie, mnóstwo sprzętów, kominek i pokoje gościnne. Jedziemy tak i jedziemy. aż w końcu spotyka nas zjawisko o którego istnieniu zapomnieliśmy - noc... Jest już po północy, gdy po 850 km potwornie zmęczeni docieramy do Novogrodu. Zatrzymujemy się na pierwszej stacji. Mówię do  sprzedawcy:

- Szukamy hotelu

- U nas hoteli sporo - o jakiś konkretny Wam chodzi?

- Jakikolwiek, byle blisko i tanio

Po chwili zadumy i przygotowaniu kartki papieru.

- My jesteśmy tu, a to jest ta główna droga. Jedziecie prosto. Miniecie światła i rondo z pomnikiem samolotu. Na następnym rondzie zobaczycie supermarket. Zjeżdżacie ostatnim zjazdem tak, żeby przejechać obok sklepu. Dalej jakieś 400-500 m i zobaczycie wysoki budynek i to tam.

- Dziękujemy

Opis się zgadzał i był dość dokładny. Może z jednym wyjątkiem. Nie 500 m a 1500 m... W dodatku po drodze mija się cerkiew. Hotel ładny... Aż za ładny... Oby tylko cena nie zbiła nas z nóg, na których już ledwo stoimy. Recepcja pachnie nowością. Na szczęści nie jest źle. 1700 rubli za pokój plus 200 za zaparkowanie motocykli w garażu podziemnym. Jest opcja śniadania za 300 rubli od głowy, ale rezygnujemy. Szanse, że na nie wstaniemy są znikome. Pytam o meldunek. recepcjonistka pokazuje jakieś kartki, które widzę pierwszy raz na oczy i informuje, że będzie wszystko na rano załatwione. Garaż podziemny to po prostu podziemia hotelu, których główną funkcją jest rozładunek zaopatrzenia. Skutkuje to tym, że nie ma bezpośredniego połączenia z piętrami, czy choćby holem głównym. Bierzemy tylko najważniejsze rzeczy i radośnie maszerujemy dookoła hotelu. Sama winda to też ciekawy wynalazek. Jest wyraźnie odświeżona, ale mechanika pozostała stara i po wejściu należy wcisnąć przycisk jedź. A my stoimy jak te głupki... Nasz pokój oczywiście był na drugim końcu korytarza. Wpadamy, szybki prysznic i spać. Jest 4 rano, a hotel musimy opuścić do 12.

Pobudka jest bolesna. Szybko się ogarniamy i schodzimy na recepcję. Oddając klucz pytam o meldunek. Zamiast nowych kartek o których wspominała recepcjonistka dostajemy kolejną pieczątkę. Rezygnujemy ze zwiedzania miasta i śniadania w którejś z małych knajpek, tylko szybka rundka po mieście. Na wylocie tankujemy i jemy drożdżówki. Musi wystarczyć.

Jedziemy głównymi drogami w kierunku granicy. Za miejscowością Porkhov odbijamy  bezpośrednio na Ostrov, zamiast jechać naokoło na Pskov. Droga szybko zmienia się w szuter, którego już miało nie być. Jest sucho i upalnie, więc kurzy się niemiłosiernie. Podczas wyprzedania jadące z naprzeciwka auta widać w ostatniej chwili.

W Ostrowie jadąc wg google maps mijam zjazd na granicę. Za to znajdujemy bardzo przyjemną i w miarę niedrogą knajpkę. Najbardziej mamy ochotę na regionalną potrawę, ale trzeba na nią czekać ponad 40 minut. Szkoda. Jak się później okazało i tak spędziliśmy tam ponad godzinę. Naprzeciwko jest sklep, w którym robimy zakupy rosyjskich produktów. Na koniec miła kelnerka tłumaczy nam, jak wyjechać najszybciej z miasta. Jeszcze tylko tankowanie i prosto na granicę. Do przejścia  granicznego, a jakżeby inaczej, prowadzi szutrówka. Całkowicie zakurzeni dojeżdżamy pod szlaban i okazuje się, że przed nami jest tylko jeden samochód. Gorzej, że obok szlabanu świeci się czerwone... Oby nie okazało się, że przejście jest zamknięte.

Po chwili pogranicznik wychla się z budki i macha na nas ręką. Podjeżdżamy, sprawdza dokumenty i wpuszcza na przejście przed samochodem. Zatrzymujemy się w miejscu wskazanym przez żołnierza. Odsyła nas do okienka celniczki. Kobieta koło sześćdziesiątki, lekko przy kości, pyta  nas o deklarację celną. Wyciągam z dokumentów. Okazuje się że nie ta - musimy wypełnić taką samą tylko wyjazdową. Idzie mi o wiele sprawniej i przepisuję ją tylko raz. Potem standardowe pytanie skąd jedziemy, po co byliśmy w Rosji. Odpowiadam, że celem naszej wizyty był Murmańsk i pomnik Aloszy. Jak papierologia się zgadza, mam podejść do motocykla i czekać. W okienku naprzeciwko siedzi ładna młoda dziewczyna. Rozmawia przez telefon i... patrzy  mi w oczy. To ja jej  zaczynam patrzyć w oczy. Uśmiecha się, to ja też. I tak to trwa i trwa... Jak się okaże, że mam do niej później podejść, to będzie ciekawie. W końcu Patryk dostaje komplet dokumentów i wraca do motocykla. Podchodzi celniczka z pierwszego okienka z dwoma wojskowymi.

- Otworzyć kufer - rozkazuje, choć nie przywiązuje wagi do zawartości.

- A tu co – pyta, pokazując na boczne sakwy

- Ubrania

- A tu?

- Namiot

- A ten róg to co to?

- Poroże renifera znalezione na Rybackim

Na dźwięk nazwy półwyspu prostuje się i każe jechać dalej. Rosyjska strona załatwiona w 30 minut. Łotwa w UE, więc pójdzie jak z płatka. O my naiwni...

Podjeżdżamy pod szlaban i czekamy. Przejście  wygląda skromnie, w porównaniu  do swojego rosyjskiego odpowiednika. Ot, kilka budek, wyglądających jak altanki do kupienia w markecie budowlanym. Pogranicznik sprawdza samochód, jadący na rosyjską stronę i dopiero po dłuższej chwili wpuszcza nas. Słysząc , że jesteśmy z Polski i tylko po angielsku rozmawiamy, mocno się zasmuca. I co tu z nimi teraz zrobić? W tym momencie rozumiemy, że to nie będzie 5 minut i po krzyku. Na początek wszystkie dokumenty i ubezpieczenie motocykla też. A na co im to? Daję zieloną kartę, mimo że niepotrzebna w UE. Znowu wypełnianie papierków, tym razem z naciskiem, ile czego dokładnie wwozimy - alkoholu, papierosów, cygar, paliwa. Na szczęście maję wersją anglojęzyczną. Gdy już myślimy, że to wszystko, kierują nas do drugiej budki. Na koniec standardowe pytania, a co tu mamy, a co tam. Mojego renifera na szczęście się nie czepiają. Jak już stwierdzili że ok, możemy wjechać na Łotwę, atmosfera się rozluźniła.

Wyszła cała ekipa celników i pytała się o trasę, motocykle, opony. Opowiadali o jakimś łotewskim święcie, które rozpoczyna na się następnego dnia. Nic z tego spróbujemy mamy już tylko 450 km do Polski i walczymy o to, by dojechać. Po pierwszym tankowaniu, jakby ktoś zabrał motocyklom parę koni... Stuka to wszystko puka i jechać nie chce. Różnica w paliwie jest spora na korzyść dla Rosji. Noc i pogoda najgorsza z możliwych – mżawka. W pewnym momencie motocykl dziwnie podskakuje - co jest? Okazuje się że Łotysze zamontowali na głównych drogach progi zwalniające, których w tych warunkach w ogóle nie widać... Na sportowym motocyklu pewnie dobiłoby zawieszenie, a ja poznałbym z bliska strukturę drogi. Na stacjach albo kawa albo napój energetyczny. W końcu późnym wieczorem docieramy do Żubryna, od którego zaczęliśmy nasza wyprawę. Przejechaliśmy ponad 2400 km z Murmańska do Polski w trzy dni. Jutro sobota - spokojnie można się wyspać i powoli wrócić do domu mając dzień zapasu.