Murmańsk

Data: 
17.06.2014
Dystans: 
265 km

Poranek nad Morzem Barentsa wita nas piękną pogodą, aż żal wychodzić z namiotu. Długo leżę przy otwartym wejściu. Po śniadaniu zwiedzam szybko okolicę, robię mnóstwo zdjęć i czas jechać dalej. Skały, jeziora, rzeki i wodospad, wpadający wprost do morza...

Dziś w końcu spełni się jedno z moich marzeń - Murmańsk. Objeżdżamy miasto dookoła i zaczynamy zwiedzanie od północy. Pierwszy punkt programu to Alosza - pomnik Obrońcy Radzieckiej Arktyki podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, rozmiarami konkurujący z pomnikiem w Świebodzinie - Rosja. Przed pomnikiem pali się wieczny ogień ku pamięci... Jazda po mieście jest dość ciekawym przeżyciem. Ktoś wpadł na pomysł, by na szerokich wielopasmowych ulicach zostawić tylko podwójną ciągłą linię... Z początku nas to przerażało, ale szybko zorientowaliśmy się że tubylcy są do tego przyzwyczajeni i pasów ruchu jest dokładnie tyle, ile w danym momencie potrzeba i nikt nie robi dziwnych manewrów. Obiad jemy w ulicznej smażalni szaszłyków nad jeziorem Semenov. Rosjanie dziwią się, że mogliśmy dotrzeć z tak daleka do nich na północ i przynoszą baltiki (marka rosyjskiego piwa) w butelkach, które zostawiamy na wieczór (w Rosji limit alkoholu jest 0,0 promila). Upalne niedzielne popołudnie oraz to, że jesteśmy w typowo spacerowym miejscu pozwala nacieszyć oczy pięknymi Rosjankami. W dodatku wykorzystującymi pogodę do pokazania swoich wdzięków. Później udało się odnaleźć Cerkiew Marynarzy i pomnik podwodniaków poległych na okręcie Kursk. Czekam na chłopaków, pilnując motocykli. Podchodzi staruszka i zaczyna rozmawiać ze mną po rosyjsku. Tłumaczę jej, że ja nie tutejszy i słabo mówię, ja turysta. „To Wy do nas? Na siewer? Latem? Specjalnie? Zuchy jesteście, będę się za was modlić”. Bardzo mnie wzruszyła swoją postawą i ciepłym słowem. Lodołamacz Lenin niestety jest otwarty dla wyłącznie w konkretnych godzinach i zobaczyliśmy go tylko z zewnątrz. Za to spotkał nas kolejny miły gest - rodzina będąca na spacerze, słysząc skąd jesteśmy i jak długo w drodze, wręczyła nam część swoich zrobionych na kolację zakupów.

Tankujemy paliwo w co się tylko da i ruszamy w kierunku półwyspu Rybackiego. Mamy ponad 100 km dojazdu i żadnej stacji benzynowej po drodze. Jeżeli będziesz się wybierał, drogi Czytelniku, na Rybacki i myślisz że masz dość paliwa, kup wodę w 5 litrowej butelce, wylej ją i zatankuj paliwem. Za miastem mijamy tablice informacyjne ostrzegające przed zjazdem z głównej drogi - to tereny wojskowe i najpierw strzelają potem pytają. Sam półwysep był jeszcze 2-3 lata temu zamkniętą strefą wojskową z zakazem wstępu dla kogokolwiek. Obecnie mogą na niego wjechać obywatele Rosji. Pogoda zdecydowanie się zmienia - robi się mgliście i zimno. W końcu jest tak gęste mleko że strach jechać szybciej niż 20 km/h. Jak na złość, tuż przed posterunkiem mgła się podnosi i widać, jak na dłoni, boczną drogę, w którą musimy skręcić. Podchodzi wojskowy, więc włączam tupet, jak taran i do przodu:

- Dzień dobry, kontrola paszportowa. Dokumenty poproszę

- Dzień dobry, już daję

- Gdzie jedziecie?

- My turisty

- Ale gdzie jedziecie?

- No turisty

- Ale gdzie jedziecie!

- Na Rybacki

- Na Rybackim jest zamknięta strefa wojskowa i potrzebne zezwolenie od FSB

- Nie rozumiem

- Hmmmm... Dawać paszporty, wpiszemy Was w książkę i jedźcie dalej

- Dziękuję

Po chwili pogranicznik wraca z dokumentami.

- Na jak długo jedziecie?

- Na dwie noce

- W porządku jechać

Szczęśliwi rozbijamy obozowisko w pierwszym możliwym miejscu, nad brzegiem krystalicznie czystej rzeki.