Teriberka

Data: 
16.06.2012
Dystans: 
313 km

Rano - jak to na zlocie - budzi nas ryk motocykli. Witamy się z nowymi znajomymi, którzy przyjmują  nas bardzo ciepło. Pytają o trasę i skąd w ogóle pomysł przyjazdu latem tutaj, po czym prowadzą na festiwal. Saamowie, inaczej zwany Lapończykami, zamieszkują północne tereny Europy, od półwyspu Kolskiego po Lofoty w Norwegii. Tubylcze specjały kulinarne, ręcznie robione przedmioty codziennego użytku, ludzie siedzący na skórach reniferów, magiczna muzyka północy... To wszystko tak niesamowite, egzotyczne, wprost nie do opisania... Delektujemy się każda chwilą... Rosjanie wołają nas na posiłek i to nie byle jaki. Pieczone na ognisku mięso renifera, zupa rybna przygotowana na miejscu. Wszystko smakuje wyśmienicie. I nawet komarów jakby mniej... Podpisujemy się na pamiątkowej skórze renifera, robimy grupowe zdjęcie i czas się zbierać. Rosjanki, w przeciwieństwie do naszych dziewczyn, nie mają żadnych oporów przed fotografowaniem. Odpowiedź zawsze brzmi tak. Szkoda nam klimatu, chcielibyśmy zostać, ale czeka kolejne magiczne miejsce Teriberka. Wcześniej jednak nudna, prosta M18.

Dopiero ostatnie 40 km to szutrówka wytyczona przez tundrę. Zatrzymujemy się co kawałek i robimy zdjęcia. Po dotarciu na miejsce ogarnia mnie dziwne uczucie... Miasteczko Teriberka wygląda na prawie całkiem opuszczone, rozpadające się drewniane domy, czy dziurawe wraki kutrów rybackich. Gdzieniegdzie widać pojedyncze zardzewiałe samochody, domy wyglądające na zamieszkałe, czy pięknie odnowioną szkołę. Serce człowiekowi pęka, widząc co potrafią spowodować nieprzemyślane decyzje urzędników - a tu zrobimy sobie miasteczko pośrodku niczego. Szukając drogi  na plażę, poznajemy pod sklepem lokalną ekipę. Uśmiechnięci i weseli, częstują rybami z grilla. Z początku mamy opory, ale w momencie, gdy pokazują filmik, że wystarczy wejść do morza z podbierakiem i ma się pełno ryb, przystajemy na propozycję. Rozmawiamy długo. Pokazują nam najpierw starego urala z koszem, a później skuter śnieżny polarisa rocznik bieżący. Staramy się omijać polityczne tematy, ale w pewnym momencie Rosjanie nie wytrzymują i... przepraszają za zachowanie swoich w Warszawie.” Jak nasze ekstremisty przeszły w nasze, rosyjskie święto z flagami przez środek Waszej stolicy, jak okupanci, to my się nie dziwimy, że się Wasze ekstremisty zdenerwowały.” Zapraszają nas do ponownych odwiedzin, najlepiej w zimie, bo wtedy jest pięknie, można polować, łowić ryby pod lodem. Tak, tylko pewnie trzeba jechać skuterem śnieżnym z samego Murmańska. Po dobrych dwóch godzinach pokazują nam, jak dojechać w najciekawsze miejsce biwakowe. Tuż przed wyjazdem zaczepia nas jeszcze jeden człowiek, ale odprawiamy go z kwitkiem, bo chcemy już jechać. Oczywiście standardowo - najpierw wysypisko śmieci, gruzu i złomu, a chwilę potem zapierające dech w piersiach widoki na Morze Barentsa.

Rozbijamy namioty około 5 km za miasteczkiem, rozpalamy ognisko i jemy placek z żurawiną zakupiony na miejscu. Mija półtorej godziny, zza pagórka wyłania się Rosjanin z psem, ten którego spotkaliśmy przy opuszczaniu miejscowości. W ręku ma karteczkę.  O co mu chodzi? Patrzymy, a tam jest napisany wynik meczu CSSR : Polska - 1:0. No tak, chłop przyniósł wynik meczu. Nie wiedział jak napisać Czechy normalnymi literami to wziął pewnie jakiś stary atlas i wpisał, co było. Wielki plus za pomysł. Pyta, czy nie mamy przypadkiem jakiegoś piwa. W sumie  zapracowałeś, to masz.

Trochę źli jesteśmy, bo chcieliśmy odpocząć od ludzi. Z drugiej strony ciekawy człowiek, oczytany, czego nie widać na pierwszy rzut oka.  Poza tym co robić w takim miasteczku? Dodatkowo ma genialny wzrok. Rozmawiamy, a on nagle:

- Uchki

- Jakie znowu uchki?

- No tam w morzu

- A uchatki?

Niesamowitym przeżyciem było zobaczyć te zwierzęta w naturze. Dodatkowo, dzięki niemu, przegadaliśmy całą noc polarną. Dziwne widzieć, jak słońce tylko zbliża się do linii horyzontu, a potem znowu idzie w górę... Do dziś nie wiem, czy spotkani w Teriberce ludzie byli większą atrakcją dla nas czy my dla nich? W dodatku magia dnia polarnego i słońca ciągle śmiejącego się do nas...