Lillafüred - dzień 3

Data: 
01.05.2006

Rano pobudka, śniadanie i wyjazd do Lillafured - małego górskiego kurortu w okolicach Miskolca. Pogoda nie jest już tak wspaniała jak jeszcze dzień wcześniej, co jakiś czas spadają krople deszczu.

Najkrótsza droga z Tapolcy biegnie wzgórzami wokół granic Miszkolca, co ma swoje dobre (piękne widoki na okolice) jak i złe strony (kreta droga i nie najlepszy asfalt). Po dojechaniu na miejsce, zostawiamy na parkingu motocykle i udajemy się na stacje kolejki wąskotorowej, którą zawiezie nas do muzeum-skansenu hutnictwa. Ten dział przemysłu leżał u podstaw rozwoju Miszkolca. Kolejka trzęsie się i wlecze jak pośpieszny z Łodzi do Warszawy, dzięki czemu podziwiamy lokalne krajobrazy. Po drodze mijamy mnóstwo węgierskich rodzin spędzających święto pracy na grillowaniu. W tym miejscu warto zauważyć ze zarówno na Węgrzech, jak i na Słowacji jest to ważny dzień i lepiej wszelkiego rodzaju zakupy zrobić dzień wcześniej. Po około 45 minutach jazdy, rozpoczynamy spacer po okolicy. Pracownicy muzeum które w tym dniu jest otwarte za darmo, zapraszają do odwiedzin. W środku, razem z Moniką robimy zdjęcia, a tato opowiada do czego służą różnego rodzaju narzędzia. Mniej najbardziej zaciekawiły ekspozycje ukazujące etapy odkuwania kosy i motyki. Jak ze zwykłego kawałka metalu zrobić coś użytecznego. W skansenie po drugiej stronie drogi znajdują się różne maszynerie. Niektóre z nich lata swojej świetności miały jeszcze w XIX wieku, innych tryby przestały pracować zupełnie nie dawno (2004).

Ponieważ jest już godzina 14, po powrocie z muzeum udajemy się do zamkowej restauracji. Ciekawostka jest układ samego lokalu, jak i menu. Duże witrażowe okna a w każdym nich przedstawiony jeden z kilku zamków, miedzy innymi Keżmarok, Kassa, AvaraVara. Ten podział zachowany jest również w menu – nie znajdziemy tu tradycyjnego ułożenia. Są one ułożone zamkami, z każdego zupa, danie główne lub deser. Jako że nasz węgierski jest delikatni mówiąc słaby, a opisy angielskie dość skromne strzelamy. Monika i tato dostają zupę gulaszową, mama naleśniki z kiszona kapusta, bryndza i gulaszem, ja plastry mięsa zapieczone w placku ziemniaczanym (w opisie obydwu dań był „potato pancake”) a Piotrek zupełna niespodziankę. Spodziewał się jagnięciny na z grilla, a dostał pieczony owczy ser z suszonymi owocami.

Po sutym posiłku wracamy przez centrum do naszej kwatery. Monika nie czuje się najlepiej i zostaje, a my udajemy się na baseny. Z powodu deszczu grilla dziś nie będzie więc kolacje postanawiamy zjeść w jednej z okolicznych knajpek. Nasza ulubiona podzieliła niestety los wielu ciekawych miejsc na mapie Tapolcy, lecz udaje nam się znaleźć inna równie interesującą. Kolacja na słodko czyli Kundel Palacinta, do tego kieliszek dobrego Tokaja. Wracamy późno i od razu kładziemy się spać.