Miskolc - dzień 2

Data: 
29.04.2006

Pobudka około 8, poranna toaleta, szybka kanapka, i biegiem na 9 rano do kościoła. Msza na Węgrzech różni się poszczególnymi elementami od polskiej. Ciekawym zwyczajem są 4 czytania Ewangelie na 4 różne strony Świata, co powoduje ze masz trwa grubo powyżej półtorej godziny.

Po powrocie na kemping pakowanie i przygotowania do wyjazdu. Usiłuje dogadać się z właścicielem w sprawie płynu do mycia naczyń, z początku nie rozumie o co może mi chodzić i nagle ten błysk w oku. Ginie w swoim magazynku, po czym wychodzi z uśmiechem na ustach i... papierowa torebka... Nie o to mi chodziło, ale cóż lepszy rydz niż nic. W drodze do kuchni przyglądam się uważnie opakowaniu - jest błyszczący talerz wiec może nie będzie aż tak źle. Po pierwszych ruchach gąbka nie wierze własnym oczom i sile specyfiku - myje doskonale, ale na wszelki wypadek płuczę wszystko 2 razy. Ostatnie spojrzenia na Tokaj, i kierunek Miskolc.

Przebijam się przez miasto w poszukiwaniu kantoru, w celu zdobycia większej ilości gotówki. Jeszcze tylko odnaleźć dzielnice Tapolca i kemping Eden, pamiętany z lat dzieciństwa. Gdzieś tutaj trzeba było skręcić - jest hotel który zawsze mijaliśmy idąc na baseny. Zjeżdżam z głównej drogi - dojeżdżam do skrzyżowania... Z dużego sklepu samoobsługowego zostały straszące ściany, z warzywniaka w którym kupowaliśmy arbuzy tylko tabliczka... Jadę w stronę kempingu, droga częściowo rozkopana i... zardzewiała kłódka na bramie... Smutek i żal.

Trzeba poszukać innego noclegu. Wszędzie kwatery zajęte. W pewnym momencie podchodzi do mnie starszy Węgier i pyta czy nie potrzeba noclegu - ma akurat pokoje dla 5 osób. Krótka negocjacja ceny i interes ubity. Teraz jeszcze wysłać sms do rodziców jak mają trafić... "Przy arbuzach zamiast w lewo na Eden skręcacie w prawo, do końca prosto, w lewo i dom nr 54". Mała konsternacja co autor miał na myśli, ale udało im się bez trudu znaleźć. Biegniemy z Monika obadać baseny, a później wspólny grill cała ekipa. Gościnność naszego Węgra jest nieogarniona - gdy przychodzę na miejsce do pieczenia kiełbasek drewno jest już przygotowane, a po chwili przynosi własnej roboty wyroby do pieczenia. Siedzimy rozmawiamy, popijamy Tokaja. Meri opowiada przygody z paszportem, rodzice przypominają sobie pierwsze wyjazdy do Miszkolca, gdy jeździli przez Lwów, Użgorod, wiele lat temu.

Zmęczeni po dniu pełnym przygód zasypiamy.