Tokaj - dzień 1

Data: 
29.04.2006

Wstajemy o 8, odgadujemy kolejne etapy podroży, umawiamy się z rodzicami i o 11.20 ruszamy. Na granicy okazuje się że Piotr nie wziął ani dowodu osobistego, ani paszportu i czeka go cofka do domu. Szybka zmiana planów - wraca na północ i umawia się z moimi rodzicami na wyjazd dzień później. Miejscowości mijają błyskawicznie: Bardejów, Preszów, Koszyce. Tutaj postanawiam odnaleźć podświetlanie fontanny, pytanie tubylców i okazuje się ze nie ma możliwości dojechać pod nie motocyklem - krążę wokół rynku dotąd aż znalazłem uliczkę bez zakazu wjazdu :-) Króciutki spacer, trochę zdjęć i hajda na Węgry.

Granice przejeżdżam szybko i uświadamiam sobie ze nie mam ani jednego forinta :-) Na stacji wymieniam 20 dolarów po drakońskim kursie i ruszam bocznymi drogami do stolicy win węgierskich. Szybko odnajduje przyzwoity kemping (Tisza) i za 6euro udaje mi się wynająć domek.

Zrzucam bagaże, przebieram się i w miasto. Tokaj robi na mnie kolosalne wrażenie - znacznie bliżej mu do miasteczek wybrzeża morza Śródziemnego niźli środkowo-europejskich. Zupełnie nie to czego można by się spodziewać po małym miasteczku na uboczu. Mnóstwo klimatycznych winiarni, sklepów z najprzedniejszymi gatunkami wina, małych ciasnych piwniczek z największym skarbem regionu. W jednym z takich miejsc z liczącymi ponad 100m przejściami i piwniczkami zostaje na kieliszek słodkiego Tokaju Aszu. Kolacje stanowi tradycyjny węgierski fast-food czyli langos - rodzaj placka w smaku przypominającego nasze pączki z żółtym serem i sosem czosnkowym.

Po powrocie spotykam inna ekipa na motocyklach z Polski i zaczynają się nocne rozmowy połączone z degustacja lokalnych specjałów. Plan napięty wiec o 22 kładę się spać.