Karelskie szutry

Data: 
10.06.2012 do 11.06.2012
Dystans: 
652 km

Kolejny poranek mija nam na zmianie opon z szosowych na coś, co bardziej nadaje się na szutrowe drogi, którymi zamierzamy przebić się na północ. Ja do XR wybrałem Pirelli MT21, chłopaki do Transalpów TCK80. Igor odprowadza nas w kierunku Ruskeala - marmurowego kanionu na północ od Ładogi, po drodze pokazując wodospad Ahinkoski.

Złoża marmuru zostały odkryte w tym miejscu w 1765 roku, a wydobycie rozpoczęto w 1769. Budulec wykorzystywany był w różnych projektach w Sankt Petersburgu, w tym katedrze Świętego Izaaka, Marmurowym Pałacu, Zamku Świętego Michała, wnętrzu Pałacu Zimowego, Ermitażu, na stacjach metra (Primorskaya i Ladozhskaya) oraz w Helsinkach w budynkach telewizji YLE i banku Säästöpankki. W XX wieku na skutek użycia dynamitu naruszono integralność skał, a złoża zostały porzucone i zalane. Obecnie jest to jedna z ciekawszych atrakcji turystycznych regionu, na którą warto poświęcić trochę czasu (około 45 minut na zwiedzanie). Za to na pewno nie warto jeść w najbliższym barze. Jedzenie (szaszłyk) może i było dobre, ale półtorej godziny oczekiwania to zdecydowanie za długo.

Jedziemy dalej asfaltowymi drogami, okrążając Ładogę. Udaje nam się znaleźć miejsce gdzie działał słynny fiński snajper Simo Häyhä. Zwykły człowiek któremu kazano strzelać i robił to najlepiej jak mógł... Robił to tak dobrze że zyskał przydomek Biała Śmierć i za jego sprawą ponad 700 ludzi przeniosło się na tamten świat w 3 miesiące. Należy pamiętać że korzystał on z karabinu bez optyki (był mniej widoczny dla wroga) przy temperaturze kilkudziesięciu stopni poniżej zera. Jak bardzo był groźny najlepiej świadczy fakt że Rosjanie walczyli z nim przeprowadzając naloty bombowe czy używając ciężkiej artylerii. Został ranny głowę dopiero na kilka dni przed zakończeniem wojny zimowej, lecz zanim stracił przytomność zdołał zastrzelić czerwonoarmistę który do postrzelił. Obecnie w tym miejscu stoi pomnik ze słowami jego dowódcy Aarne Juutilainena „Kollaa kestää” – „Kolla wytrwa”. Dalej mijamy potężne skrzyżowanie pośrodku niczego na którym jesteśmy tylko my.

Kawałek dalej odnajdujemy pomnik „Surun Pisti” poświęcony żołnierzom którzy zginęli w pod Lemetti. Finowie rozdzielili radzieckie jednostki na kilka małych części, tzw. motti (kotłów), stopniowo przystępując do likwidacji wrogich jednostek. Pomimo wielkich strat obrońców nieprzyjaciel został zatrzymany, zniszczone zostały 18 i 168 dywizja oraz 34 Brygada Pancerna Armii Czerwonej. Zdobyto 105 czołgów, 12 samochodów pancernych, 237 samochodów ciężarowych, 31 samochodów osobowych, 10 ciągników gąsienicowych, 200 składów amunicji. Zapewne dlatego okoliczne lasy wręcz usłane są pomnikami… U stóp niektórych widać zardzewiałe, podziurawione hełmy – robią bardzo przygnębiające wrażenie…

Gdzieś po drodze mijamy finów z starym wojskowym Volvo z napędem 6x6, przerobionym na samochód kempingowy. Takim to dobrze – przejdą nawet przez największe bagna. W Suojarvi szukamy stacji benzynowej, ale jedyne co udaje nam się znaleźć to nas terenowe subaru, z którego wyskakuje obwieszony złotymi łańcuchami gość w mundurze, pyta co tu robimy i prosi o dokumenty. Mówimy, że jedziemy na północ i pytamy czy droga jest przejezdna. Kręci głową, ale mówi: próbujcie. Spisuje nas, a my urządzamy sobie piknik. Widząc, że czasu mamy sporo, puszcza bez żadnych „opłat administracyjnych”.

Za miastem powinno być jezioro i tam chcemy poszukać miejsca na nocleg na dziko. Chłopaki sprawdzają jedną z dróg dojazdowych do jeziora, a ja czekam kawałek dalej na drodze. Po chwili na drogę wytacza się pies... za nim jego właściciel. Z krótkiej rozmowy wynika, że jeśli chcemy, to możemy rozbić się na plaży za domem. Miejsce niezwykle urokliwe, więc szybka decyzja - zostajemy. Nie minęło 5 minut, a z domu wychodzi ekipa motocyklistów z Moskwy z dwoma reklamówkami złotego trunku. Dodatkowo przygotowują nam banie. Nie przeszkadzają nawet chmary komarów, atakujące tysiącami, dobrze że zostałem poratowany tubylczym środkiem na te paskudztwa . Jeszcze nigdy tak długo nie rozbijałem namiotu - Rosja. Kolejnego dnia miało okazać się, czy przejedziemy dalej. Z informacji uzyskanych od nowo poznanych znajomych wiemy, że przynajmniej powinny być stacje benzynowe, więc paliwa nam nie braknie.

Droga okazuje się szeroką szutrówką o różnej gęstości - od twardej jak asfalt, przez tarkę, po kopny żwir. Jednak nie wolno dać ponieść się ułańskiej fantazji. Rosjanie stwierdzili, że znaki drogowe nic nie dają, dlatego przy drodze pozostawione są wraki samochodów. Działa to bardzo silnie na wyobraźnię. Uważać trzeba szczególnie na szybkich zakrętach, gdzie na zewnętrznej potrafi być usypane więcej piasku. Chwila nieuwagi i trzeba celować między drzewa. Widoki są niesamowite – czysty, niemalże dziewiczy las, błękitne niebo i droga po horyzont. Czego chcieć więcej? Kilkukrotnie mijamy Rosjan w białym busie, po czym na postojach oni nas. Za którymś razem zatrzymują się obok i częstują nas pysznymi suszonymi rybami własnej produkcji. Odwdzięczamy się suszonymi owocami i batonami. Okazuje się, że jadą w tym samym kierunku i spokojnie dotrzemy do Kostomukszy, gdzie znajduje się kemping.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej, stawiając motocykl na bocznej stopce w miękkim żwirze zaliczam piękną „glebę parkingową” – znak że pora na obiad. W założeniu mieliśmy zrobić około 200-250 km tego dnia, ale idzie dość sprawnie, więc decydujemy się dojechać do kempingu. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem zaczyna się asfalt. Z jednej strony wybawienie, z drugiej trochę żal. Najważniejsze, że udało się - przebiliśmy się przez lasy Karelii! Zatrzymujemy się na stacji i próbujemy dowiedzieć się o nocleg. Obsługa całkowicie nas olewa... Obok nas gość w garniturze tankuje swojego czarnego SUV'a. Widząc naszą konsternację podchodzi i pyta, jak może nam pomóc, po czym podprowadza nas pod recepcję kempingu i czeka aż sprawdzimy, czy są miejsca i mamy gdzie spać - Rosja. Mimo dość sporych cen decydujemy się na domek z sauną opalaną drewnem, dzięki czemu będzie jak wyprać i wysuszyć ubrania. Po ciężkim dniu sauna i kąpiel w jeziorze to było to, czego nam potrzeba. Dziś słońce chowa się tylko na krótko, powodując feerię barw na niebie.